"Moi wrogowie klepią biedę" - wywiad z Masą!

Iza

E.O.: Jaka to sprawa?

J.S.: Nie chcę do tego wracać.

E.O.: Co w przestępczej branży jest dziś najbardziej dochodowe?

J.S.: Narkotyki. Ale ryzyko jest niewspółmierne do zarobku. Nie ma o czym mówić... Lata 90. były latami pełnej swobody. Każdy robił, co chciał. Dzisiaj jest inaczej, bo policja jest silna i ma taką technikę, że ciężko cokolwiek zrobić. Poza tym jest wielu donosicieli... Kiedyś się krępowali, ale ja otworzyłem im furtkę. Okazało się, że po mnie było tylu chętnych do zeznawania, że nie tylko furtka ich nie pomieści, ale nawet brama.

E.O.: Miał pan kiedyś chwile zwątpienia? Myślał sobie, że źle zrobił?

J.S.: Ani razu. Gdybym nie został świadkiem koronnym, musiałbym zabić swoich wrogów. Oni grozili śmiercią mojemu synowi i chcieli uprowadzić mi żonę. Musiałbym odpowiedzieć siłą, a to całkowicie zmieniłoby moje życie. Dziś widzę, że wybór był dobry: nikogo nie zabiłem, rodzina jest bezpieczna, dzieci studiują. Ale wkurwiony byłem wiele razy. Szczególnie na samym początku, kiedy musiałem pokonywać wiele kilometrów, żeby zadzwonić do żony. Byłem bez telefonu, bez samochodu. Dzisiaj koronni mają łatwiejsze życie, ponieważ wiele spraw wywalczyłem dla nich bezczelnością. Miałem kontakty z dziennikarzami i otwarcie mówiłem, co jest nie tak.

E.O.: Policja i prokuratura nie miały o to pretensji?

J.S.: Miały i wciąż mają. Ale ja się nie bałem. Wiedziałem, że jestem ważny i mogę sobie pozwolić na więcej niż inni. Miałem przy tym siłę przebicia. Stałem się, można powiedzieć, konsultantem dziennikarzy w sprawach przestępczości, ale też nagłaśniałem nieprawidłowości w funkcjonowaniu programu ochrony świadków koronnych. A jest tego trochę, choćby to, że zostawia się ich na łaskę losu. Kiedy zapadają prawomocne wyroki i ochrona się kończy, mówią ci: „radź sobie człowieku sam”. Nie każdy to potrafi.

E.O.: A z czym pan nie mógł sobie poradzić?

J.S.: Z przenoszeniem nas z miejsca na miejsce, przez co moja żona dostała psychozy strachu i wpadła w depresję. Zresztą cała rodzina miała tego dość. Jak się mieszka w jakiejś miejscowości, to wiadomo, że trzeba się jej nauczyć: gdzie pójść po świeże bułeczki, a gdzie po świeże mięso. Trochę to trwa, zanim człowiek okrzepnie w nowym miejscu. A tu po roku każą mi się pakować, bo gdzieś podczas rutynowej kontroli policja mnie wylegitymowała pod prawdziwym nazwiskiem i doszło do dekonspiracji. Już panika, już pakowanie... Za którymś razem powiedziałem: dość. Ja mam dzieci, rodzinę, potrzebujemy normalności. Nie może być tak, że latami żyjemy na walizkach, że jesteśmy jak wolne elektrony – dzisiaj tu, jutro tam. Dzieciaki chodzą do szkół, a przy takim trybie życia nic nie będzie z nauki. No i zabrali mi dofinansowanie do miejsca pobytu, bo stanowczo nie zgodziłem się na kolejną przeprowadzkę.

E.O.: Intencje były dobre – chodziło o wasze bezpieczeństwo.

J.S.: Oni sobie wymyślili, że tak będzie po każdej kontroli drogowej! Dzisiaj wszyscy się z tego śmieją, ale wtedy to było istne szaleństwo. Do mojej dekonspiracji przyczyniali się sami urzędnicy państwowi. Już jako świadek koronny chodziłem niegdyś do pewnej siłowni w dużym mieście wojewódzkim. Przychodził tam również bardzo ważny prokurator z tamtejszej prokuratury okręgowej. Któregoś dnia podszedł do trenera i zadał mu pytanie: „Czy pan wie, kto u pana ćwiczy?” „Owszem – odpowiedział trener. – Wszyscy wypełniają kwestionariusze osobowe”. Bardzo ważny prokurator zrobił poważną minę i oznajmił: „Widać pan nie wie. Tamten z ciężarami to Jarosław S. – słynny gangster Masa”.
 

Komentarze