Kilka śmiertelnych miesięcy

Nałogowy alkoholik, który w pijackim amoku strzelał, nie zastanawiając się, co robi. Zamordował dwóch policjantów, wielokrotnie wdawał się w regularne strzelaniny z policją. I to wszystko w ciągu kilku miesięcy. Gdy go ujęto i stracono, miał tylko dwadzieścia pięć lat.

Był jednym z najbardziej znanych przestępców okresu międzywojennego. Jego bandyckimi wyczynami, policyjnymi poszukiwaniami, a wreszcie procesem sądowym interesowała się cała Polska. Tymczasem postać to nie tylko okrutna, ale i tragiczna. Modelowy wręcz przykład, jak straszne dzieciństwo niszczy psychikę, tworząc z młodego człowieka pozbawionego skrupułów mordercę.

Nigdy nie rozstawał się z pistoletem

 

Dzieciństwo Floriana Nikifora Maruszeczki było ponure. Urodził się 15 marca 1913 roku w Korzenicy, wsi w powiecie jarosławskim. Był synem Katarzyny Maruszeczko, alkoholiczki i prostytutki. Nie znał ojca, pewnie któregoś z licznych klientów matki. Szybko zapragnął opuścić dom rodzinny. Przyszły bandyta, używający zazwyczaj drugiego imienia, już jako nastolatek ruszył w świat, najpierw włócząc się po kraju, głównie po Polsce południowej.

 

Wkrótce wyjechał za granicę. Kradł w Niemczech, Austrii, Czechach. Nie mógł nigdzie zagrzać miejsca, stale przenosił się z jednej miejscowości do drugiej, dzieląc swe podróże z pobytami w zakładach karnych. Trafiał tam kilkakrotnie, odsiadując wyroki od tygodnia do pół roku pozbawienia wolności. Lecz wciąż był tylko zwykłym złodziejem, jakich wielu.

 

Wszystko miało ulec zmianie w roku 1937, gdy przeniósł się na Śląsk. W ciągu kilku miesięcy stał się najbardziej znanym i okrutnym mordercą w ówczesnej Polsce. W tym czasie miał już pistolet marki Sauer und Sohn kaliber 7,65 milimetra, który skradł podczas włamania do mieszkania oficera straży granicznej. Z tym pistoletem nigdy się nie rozstawał.

 

Swą pierwszą ofiarę zastrzelił 26 października 1937 roku w parku Kościuszki w Katowicach. Zabitym był alfons (oficjalnie bezrobotny) Jerzy Rother. Zaczęło się od kłótni Maruszeczki z jedną z prostytutek, po chwili bandyta zaczął ją bić, a ona, przerażona, zawołała na pomoc Rothera. Gdy alfons przybiegł, Maruszeczko wpakował mu dwie kule, zabijając na miejscu. Podczas ucieczki ranił ciężko przechodzącego woźnego Sądu Apelacyjnego w Katowicach Antoniego Fornalczyka, który przez kilka dni walczył o życie w szpitalu. Fornalczyk miał pecha – szedł przez park, wracając z pracy. Ubrany był w służbowy strój, który przypominał policyjny mundur. To dlatego Nikifor do niego strzelił, przekonany, że strzela do funkcjonariusza policji.

 

Po tych wydarzeniach trafił na listę najbardziej poszukiwanych bandytów w Polsce. Szukano go intensywnie na terenie Katowic i w okolicznych miejscowościach – także w środkach transportu. Tymczasem Maruszeczko korzystał z nich rzadko. Z miasta do miasta przenosił się najczęściej... wędrując na piechotę. W ten sposób po kilku dniach przybył do Krakowa. Wkrótce dokonał tam groźnych napadów w kilku restauracjach, skradł z nich pieniądze. Później przeniósł się do powiatu wadowickiego, a na początku listopada ponownie przyszedł do Krakowa. 5 listopada napadł na restaurację należącą do panów Kemplera i Haasa. Zaraz po napadzie zawiadomili oni policję. Jeden z policjantów Władysław Junk wpadł na Maruszeczkę na plantach Dietlowskich. Próbował go obezwładnić, ale nie dał rady, Nikifor był szybszy, zastrzelił policjanta na miejscu.

 

Wkrótce znalazł dwóch kompanów. Byli nimi Władysław Sporzyński z Bugaja w powiecie wadowickim oraz Józef Kaszewiak z Warszawy. Wspólnie postanowili założyć gang. Lecz tym razem szybsi okazali się policjanci. Zastawili na nich pułapkę pod Wadowicami. Doszło do regularnej strzelaniny. Skończyła się ona ciężką raną Sporzyńskiego, który zmarł po przewiezieniu do szpitala. Maruszeczko wraz Kaszewiakiem uciekli. W nocy z 5 na 6 grudnia dokonali napadu na restaurację w Załężu pod Katowicami. Należała ona do małżeństwa Jana i Wiktorii Gałuszków. Podczas napadu Maruszeczko zaczął strzelać w lokalu, ciężko ranił panią Gałuszkową, która później zmarła. Strzelał także do gości restauracji, dwóch z nich ranił. Łup, jaki zdobyli Maruszeczko oraz Kaszewiak, był śmieszny – zaledwie 80 złotych oraz złoty zegarek.

 

Tym razem lepsi byli policjanci

 

Po tym napadzie bandyci przenieśli się do Warszawy. W stolicy obaj co chwila zmieniali miejsca pobytu. W nocy z 16 na 17 grudnia na rogu ulic Kruczej i Żurawiej natknęli się na nich dwaj policjanci: Franciszek Mazurek i Henryk Bąk. Rozpoznali oni bandytów i zaczęli ich ścigać ulicami miasta. Maruszeczko i Kaszewiak kilkakrotnie strzelili w ich kierunku, zabijając Henryka Bąka.

 

Dwa dni później, czyli 19 grudnia, byli już w miejscowości Białobrzegi pod Radomiem. Zostali namierzeni przez policję w jednej z tamtejszych restauracji. I znów wywiązała się strzelanina. Tym razem jednak nikt nie zginął, a bandyci ponownie wyrwali się na wolność.

 

Na ich ślad natrafiono po kolejnych kilku dniach pod Szydłowcem. Efekt to kolejny pojedynek strzelecki między bandytami a policjantami. Tym razem jednak lepiej strzelali ci ostatni, ciężko raniąc Kaszewiaka, który zmarł w szpitalu Świętego Kazimierza w Radomiu. Maruszeczko zmylił trop i słuch po nim zaginął. W tym czasie po Polsce krążyły różne plotki na jego temat. Miano go widzieć pod Garwolinem, w Małopolsce wschodniej. Prasa podawała, że najprawdopodobniej zamarzł w lesie. Panowały wtedy ostre mrozy, a podczas pościgu znaleziono jego przestrzelony przez policyjne kule płaszcz, który wyrzucił. Bandyta dalej uciekał w samej bluzie, dlatego uważano, że mógł umrzeć z zimna. Wszystkie te informacje okazały się fałszywe.

 

Komentarze